"To był trudny charakter. Myślał i postępował w odmienny sposób niż my wszyscy. Wszystko podważał. Był buntownikiem, prorokiem, psychopatą czy bohaterem?
- Kto jest w stanie określić różnicę? - mówiliśmy. - A w końcu, komu na tym zależy?
Tak więc uspołeczniliśmy go. Nauczyliśmy go wyczucia opinii publicznej i cudzych sentymentów. Zdołaliśmy go ułagodzić. Zrobiliśmy z niego człowieka, z którym przyjemnie się żyło, doskonale zaadoptowanego. W rzeczywistości to, co zrobiliśmy, polegało na nauczeniu go życia zgodnego z naszymi oczekiwaniami. Uczyniliśmy go układnym i słodkim.
Mówiliśmy mu, że nauczył się kontrolować siebie samego i gratulowaliśmy mu tego osiągnięcia. A i on sam zaczął sobie tego gratulować. Nie mógł zobaczyć, że to my zdobyliśmy jego.
Jakiś potężny typ wszedł do zatłoczonego pomieszczenia i krzyknął:
- Jest tu facet, którego nazywają Murphy?! -
Podniósł się pewien mały człowieczek i rzekł:
- Ja jestem Murphy.
Potężny typ nieomal go nie zabił. Połamał mu pięć żeber, rozbił nos, podbił oczy i zostawił go jak szmatę na podłodze. Po czym wyszedł ciężko stawiając kroki.
Kiedy sobie już poszedł, spostrzegliśmy ze zdumieniem, że człowieczek śmiał się pod nosem.
- Ale nabrałem tego faceta - powiedział cicho. - Ja nie jestem Murphy! Cha, cha, cha!
Społeczeństwo, które oswaja swoich buntowników, zyskuje spokój, ale traci przyszłość."
niedziela, 1 lipca 2007
Oswojeni buntownicy
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz